lis 16, 2024
KBB102 urodziny p. Walerii Sawickiej w Ognisku Polskim w Londynie
W niedzielę 3 listopada do saloniku na drugim piętrze w Ognisku Polskim, przy akompaniamencie klawiszy oraz gromkich braw, wkroczyła niewysoka dama, bardzo szykownie ubrana w czarne spodnie, bluzkę oraz pięknie zdobiony złocistym motywem kwiatowym błękitny, atłasowy żakiet. W klapie żakietu przypięła perłową broszkę z innej epoki, a całość stroju dopełniła czarną torebką. Dama ta, pani Waleria Sawicka, przybyła na wyjątkową uroczystość – jubileusz swoich 102. urodzin.
Wykwintną kolację oraz program artystyczny zorganizował Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie pod przewodnictwem prezes ZPPnO – Reginy Wasiak-Taylor.
Pani prezes rozpoczęła uroczystą kolację słowami: „Waleria Sawicka jest jedną z najciekawszych kobiet polskiego Londynu. Mieszka w Wielkiej Brytanii od zakończenia wojny. Za tym, że jest ciekawą osobą, przemawiają nie tylko jej zasługi, ale również jej częsta obecność w naszym środowisku, charyzmatyczny sposób bycia i osobowość oraz niezłomna postawa polityczna”.
Wspomnienia kobiety-legendy
Pani Waleria urodziła się 3 listopada 1922 roku na Wileńszczyźnie. Jej bogaty życiorys zaowocował wspomnieniami, których zebrani goście mieli zaszczyt tego wieczoru wysłuchać.
Wśród zaproszonych gości znaleźli się nie tylko przyjaciele zacnej jubilatki, dziennikarze polonijnych mediów, artyści, ale także nowo mianowana Konsul Generalna w Londynie, Renata Kowalska.
Nad oprawą muzyczną wieczoru sprawowało pieczę troje muzyków: Karolina Micor, Anita Łazińska oraz debiutujący w Ognisku Polskim Krzysztof Suwala. W repertuarze znalazły się między innymi utwory Zbigniewa Wodeckiego.
Po pierwszym toaście rozbrzmiało „Oczarowanie”.
Następnie Regina Wasiak-Taylor wraz z Ewą Kwaśniewską, felietonistką „Tygodnia Polskiego”, zaprezentowały wspomnienia pani Walerii sięgające roku 1938:
Święciany na Wileńszczyźnie. Podwieczorek bożonarodzeniowy w domu Romci Stanikówny, jednej z koleżanek gimnazjalistek pani Walerii.
(…) Pierniczki, orzechy i cała masa łakoci. No i kakao z pianką. Gwar, śmiech i tyle radosnych planów na wakacje za pół roku. Zimowy dzień szybko minął, zbliżała się godzina powrotu do domu. Gosposia, która miała przyjść po nas, spóźniała się, tymczasem w obszernym domu rozpoczął się wielki ruch. Romci starsi bracia podchorążacy, którzy przyjechali na święta, urządzali wieczorem swoją zabawę. Zaintrygowana odchyliłam bordową portierę, osłaniającą drzwi salonu, gdzie parę par tańczyło już modne tango. Nagle ktoś dotknął mego ramienia i usłyszałam:
– Czy mogę panią prosić do tańca?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, wyciągnięta zostałam na środek salonu przez wysokiego oficera. Zaniemówiłam, zaskoczona, porwana i osaczona. Jeszcze nigdy nie tańczyłam z oficerem. Na gimnazjalnych zabawach byli tylko koledzy sztubacy, a tu nagle obejmuje mnie wysoki porucznik. W całej swej krasie. Po chwili słyszę pytanie:
– Ile ma pani lat?
Wciąż onieśmielona, prawie szeptem odpowiedziałam:
– Piętnaście.
– Kiedy pani będzie miała osiemnaście lat, ożenię się z panią.
Pomyślałam, że oficer zwariował. Ktoś właśnie powiedział, że przyszła gosposia, wysunęłam się z ramion porucznika, który jeszcze zdążył powiedzieć:
– Czekam na panią jutro o jedenastej w kawiarni „Łabędzia”.
Historyczne momenty
Kolejne wspomnienia przywołały ważne historyczne momenty, jak wkroczenie wojsk niemieckich do Polski 1 września oraz sowieckich 17 września. Wstrząsający był opis z października 1939 oraz kwietnia 1940 roku.
Mój ojciec Władysław Luro, dyrektor gimnazjum i liceum imienia Józefa Piłsudskiego, został podstępnie wyprowadzony z domu pod pozorem odbycia rozmowy z komendantem miasta. Był koniec października, niedziela, bo właśnie wybieraliśmy się do kościoła. Dwóch oficerów sowieckich zapewniło moją matkę, że ojciec wróci za pół godziny. Już nigdy go nie zobaczyliśmy. 13 kwietnia w nocy, z bagnetami wymierzonymi w nasze plecy, opuściłyśmy Święciany.
Pani Waleria opisywała wywózkę wraz z matką i siostrą do Kara-Gugi przez Czelabińsk, gdzie w pociągu zapoznała państwa Jakubiańców. Ciężką pracę przy fundamentach pod składy zboża w nocy, w 40-stopniowym mrozie, ogrzewała jedynie myśl o poczynaniach generała Andersa.
Pewnego razu, po ciężkim dniu pracy, polską brygadę obiegła wiadomość, że na miejscu pojawił się polski żołnierz. Wiedziona ciekawością nasza bohaterka, pani Waleria, udała się do pomieszczenia odpoczynku i rozgrzewki.
W oparach dymu papierosowego, które wypełniały izbę, dojrzałam wysoką postać w mundurze, opartą o kaflowy piec. Na futrzanej czapce srebrzył się polski orzełek. Serce zabiło mi szybciej ze wzruszenia. „O Boże!” – pomyślałam. „To przecież cud, że widzę przed sobą tutaj, na tym elewatorze, polskiego żołnierza”. I nagle polski żołnierz zbliża się do mnie i słyszę:
– A pani dlaczego nie przyszła wtedy do kawiarni?
Ku zadowoleniu gości jubilatki, dalsza część opowieści skupiała się wokół oświadczyn oficera Jakubiańca, syna – jak się okazało – zapoznanych w pociągu państwa, oraz wymiany czułych listów z panią Walerią.
Na pokładzie Batorego
Wojna trwała nadal, a pani Waleria w 1944 roku na pokładzie statku Batory przybyła do południowych Włoch, aby podjąć pracę w biurze ośrodka łączności. Nie zapomniała jednak o wysokim kapitanie.
Któregoś dnia zjawił się kapitan Jakubianiec. Zamiast w kawiarni „Łabędzia” w Święcianach, spotkaliśmy się w kasynie oficerskim w Bari. Na stole było pełno herbacianych róż, a znajdujący się tam zespół zagrał sentymentalną piosenkę mówiącą o szczęściu odnalezienia się i spotkania. Było naprawdę romantycznie, ale i smutno. Wiedzieliśmy, że już nigdy nie wrócimy do Święcian.
Ta romantyczna historia, która poruszyła serca wszystkich zebranych w saloniku Ogniska Polskiego, miała swój ciąg dalszy. Zakochanym było dane spotkać się po raz kolejny.
Dziwnym zrządzeniem losu jeszcze raz spotkaliśmy się w obozie wojskowym na północy mglistej Anglii, w przeddzień demobilizacji w roku 1947. Załamani, rozgoryczeni, oszukani, pozostawieni sami sobie musieliśmy zacząć budować nasze życie w obcych warunkach, wśród obcych ludzi. Ojczyzna nasza nie była wolna. Kapitan z tym samym sentymentem próbował namówić mnie na wyjazd za ocean, dokąd się wybierał. Ja jednak zostałam w Anglii i teraz, kiedy wspominam tę historię, myślę: A może trzeba było popłynąć?
Pani Waleria uśmiechnęła się tajemniczo, odpowiedź na to pytanie pozostawiając otwartą. „Anglii już nie porzucę” – odpowiedziała tylko.
W polskiej sekcji BBC
Pani Waleria związała się z Anglią już na zawsze. Była częścią powstałej w 1939 roku polskiej sekcji BBC.
W grudniu 2005 roku stacja nadała ostatni program, o czym wspomniała Elżbieta Smoleńska, sekretarz ZPPnO oraz wieloletnia dziennikarka Sekcji Polskiej BBC. Impreza pożegnalna, na której obecne były obie panie, odbyła się właśnie w Ognisku.
Pani Elżbieta przypomniała też postaci legendarnych korespondentów BBC, Jacka Kalabińskiego, Ludwika Lewina i szefów Sekcji Polskiej: Eugeniusza Smolara i Krzysztofa Pszenickiego, autora książki „Tu mówi Londyn. Historia Sekcji Polskiej BBC”..
Na koniec była dziennikarka BBC przytoczyła słowa Winstona Churchilla: „Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym – i na pewno właśnie to można powiedzieć o takich osobach jak pani Waleria. Osoba o niespożytej pogodzie ducha i życzliwości, która niewątpliwie tworzyła atmosferę i etos polskiej sekcji BBC”.
„Nie przejmujmy się, co będzie jutro”
Wśród licznych toastów na cześć wyjątkowej solenizantki znalazł się też ten od pani konsul. Renata Kowalska mówiła:
„Myślę, że jak większość z Państwa mam po raz pierwszy okazję uczestniczyć w 102. urodzinach – to jest naprawdę coś. Trzeba zasłużyć, żeby znaleźć się na takim przyjęciu, w takim gronie. W moim przypadku mieć jeszcze ten honor i przyjemność, żeby siedzieć po prawej stronie szacownej jubilatki (…). Trzeba być naprawdę wyjątkową osobą, żeby los dał nam taką szansę”.
Jak się okazało chwilę później, pozycja pani konsul u boku jubilatki okazała się bardzo pomocna, gdyż zdmuchnięcie 102 świeczek to nie lada wyzwanie! Na szczęście przy wsparciu polskiej dyplomacji oraz przyjaciółki pani Walerii, Alicji Szkuta, wszystkie świeczki na urodzinowym torcie zostały zdmuchnięte i, po uroczystym odśpiewaniu „200 lat”, życzeniom i toastom nie było końca. Obdarowana kwiatami i prezentami pani Waleria chętnie dzieliła się anegdotami ze swojej długoletniej pracy.
Na koniec wspólnie odśpiewano „Gdzie się podziały tamte prywatki”, a pani Waleria uśmiechała się przez cały czas. Kto wie, może przypomniał jej się tamten świąteczny podwieczorek z 1938 roku w wileńskich Święcianach? A może tak właśnie wyobrażała sobie swoje 102. urodziny?
„Nie przejmujmy się, co będzie jutro” – lubiła podobno powtarzać podczas wypraw do Hiszpanii. A może to właśnie jest recepta na długowieczność?
Magdalena Lytek-Dehiles
Radio Islanders
Elżbieta Smoleńska nagrała trzyczęściowy podcast z panią Walerią Sawicką dla Muzeum Pamięci Sybiru
Ze Święcian do Kazachstanu cz. 1 – ŚWIAT SYBIRU – Portal popularnonaukowy
Zapis tekstowy podcastu:
Elżbieta Smoleńska: Pani Waleria Sawicka zaprosiła mnie do swojego domu w południowym Londynie. Jego wnętrze do złudzenia przypomina typowy kresowy dom. Otomana, kilimy, na stole rozłożone pożółkłe fotografie, a na ścianach obrazy, również te, namalowane przez panią Walę. Pani Wala tu, w Londynie pielęgnuje rodzinne tradycje. Przed wojną jej rodzice utrzymywali liczne kontakty towarzyskie. Gościli u siebie i poznali między innymi prezydentów Ignacego Mościckiego, Władysława Raczkiewicza czy majora Dobrzańskiego – Hubala. Panią Walę znam od dawna. Przez wiele lat, podobnie jak ja, pracowała w polskiej sekcji BBC w Londynie. Tym razem jednak spotkałyśmy się, by porozmawiać nie o wspólnych kolegach dziennikarzach z BBC, ale o tym, jak to się stało, że trafiła do Wielkiej Brytanii.
W kwietniu 1940 r. Waleria Sawicka wraz z mamą została wywieziona ze Święcian do Kazachstanu. Jak sama mówi, nie uważa siebie za bohaterkę, i dodaje że jej pokolenie było tak wychowane, w duchu patriotyzmu. Po wielekroć z trudem przychodziło jej ukryć niechęć do perfidii enkawudzistów i tylko łut szczęścia uchronił ją od kary za narzekanie na jakość chleba. Układ Sikorski-Majski dosłownie uratował ją z opresji – mówi Waleria Sawicka:
– Jak zaczęła się wojna, ta bolszewicko-niemiecka, gatunek chleba był okropny i ja kiedyś, czekając w kolejce po ten chleb (bo nie było innego) powiedziałam, że nic w tym dziwnego: najlepsze zboża posyłali Hitlerowi, a teraz trzeba żreć ten chleb. Już miałam wziąć ten chleb, ale stał taki za mną jakiś Rosjanin, i mówi do mojej mamy: – Ty z córką idź do dyrektora i chleba już nie dostaniesz za tę propagandę. My przychodzimy do tego dyrektora, i on mówi do mojej mamy, że córka za propagandę idzie do łagru i już nie ma prawa jutro pracować. Musi tutaj czekać aż przyjedzie NKWD i ją zabierze. A moja mama na to tak mówi: – „Tawariszcz dyrektor”, na co on się oburzył, że moja mama tak się spoufaliła i mówi: „Kakoj ja tiebia tawariszcz? A moja mama, jeżeli chodzi o rosyjski, to budziła wielkie zainteresowanie, bo studiowała w Petersburgu agronomię. No więc moja mama szlochała całą noc, ale ja się czułam zaszczycona. Myślałam: tyle cierpi za Polskę, bo ja należałam do tego pokolenia, które było tak wychowane. No i ani jednej łezki nie uroniłam i uważałam, że to jest cierpienie za moją ojczyznę, i że ja też będę cierpieć. No i na drugi dzień już posadzono mnie przy takim płocie. Miałam tam czekać aż przyjedzie NKWD, żeby mnie zabrać do tego łagru. I tak siedziałam. Jedna godzina minęła, druga, trzecia, ale nikt się nie zgłasza. I później widzę, że wychodzi polska brygada i jakoś się dziwnie zachowuje: się obejmują, skaczą. Pomyślałam, że chyba mam jakieś wizje – takie są reakcje w strachu. I co się później okazuje: że ogłoszony był pakt Sikorski-Majski. I wtedy dyrektor zawołał moją mamę, bo przedtem moja mama tam błagała go, żeby mnie nie karać. I mówi, że my mamy tego samego wroga, tak samo walczymy z Niemcami. A ja jeszcze po polsku mówię: – Mamusiu, niech się mamusia nie upokarza przed tym bolszewikiem, a może to nie prawda co ja mówiłam? No i wtedy on rzeczywiście przeprosił, że ja nie dostałam chleba i dał nam takie tałonczyki małe, takie bileciki, które upoważniały mnie do otrzymania mąki. Wspaniałą, białą mąkę za to dostałyśmy.
– Czyli pakt Sikorski-Majski uratował Pani życie?
– Tak, w przeciwnym razie bym pojechała do tego łagru, nie wiadomo gdzie, i może straciłabym kontakt z moją mamą i może byśmy się tam nie odnalazły. Bo tam był straszy w ogóle rozgardiasz i były wielkie tragedie, te rozdzielone rodziny, które później na własną rękę jechały. Wiem, że jedna matka wyszła na stacji jakiejś żeby chleb dostać i pociąg ruszył. Bo tam nigdy nie było wiadomo kiedy pociąg ruszy. Ja się dowiedziałam później, że podpisano układ Sikorski-Majski, że Polska Armia się zaczyna organizować. Było tam jeszcze trzech chłopaków i myśmy się wybrali do Czelabińska, bo dowiedzieliśmy się, że tam jest polski konsulat. I myśmy tam się zjawili, ale oni z nami w ogóle nie chcieli rozmawiać. Potraktowali nas ohydnie: wyrzucili nas i myśmy poszli na stację. Dopiero jakiś bolszewik nam powiedział: – Jesteście Polacy, to teraz możecie dostać chleb w sklepiku, który był na stacji. A ci w polskim konsulacie nawet o tym nam nie powiedzieli. No i później czekaliśmy, bo nie było wiadomo kiedy pociąg przyjedzie. I wtedy taką najważniejszą rzeczą było żeby mieć jakiś „kociołok”, bo można było tylko dostać „kipiatok” – wrzątek. Ten „kipiatok” był uniwersalny: służył nawet jako lekarstwo gdy ktoś chorował, bo żadnego innego lekarstwa nie było. I tak trzy dni siedzieliśmy na tym dworcu, bo nie wiadomo było kiedy pociąg przyjedzie. I ja miałam taki kociołek, który później ktoś chciał wypożyczyć. Nawet dawali mnie 5 rubli ażebym mu dała to, żeby on mógł sobie gorącej tej wody przynieść. I kiedyś ja tak mówię: – Niech Pan mi nie płaci”, i akurat pociąg przyszedł i mój kociołek został.
– A jak dalej wyglądała podróż z tej ziemi, nieludzkiej ziemi, jak się to mówi?
– Jak nas zabrano to było 13 kwietnia 1940 r. Mieszkałam w Święcianach Wileńskich. Bo były Święciany gdzie były szerokie tory, a Świeciany Wileńskie to było takie powiatowe miasto, gdzie była wąskotorówka. I jak zabrano, to nas musiano dowieźć do tych Święcian, gdzie były szerokie tory. No i wpakowali nas wtedy do tego pociągu. Wagon był wtedy przedzielony na pół. 50 osób nie więcej. Część na górę mogła było wleźć, a reszta była na dole. No i naturalnie była duża dziura w podłodze zamiast toalety. Myśmy tam później jakąś kurtynę taką zawiesili. No i tak nas wieźli. I wtedy straże chodziły z psami i pilnowały nas. I dopiero jakoś na drugi dzień dali nam gorącą wodę, a później solone śledzie. Ale były tam matki z małymi dziećmi i niektóre z tych dzieci poumierały. Matki je nadal trzymały, bo nie mogły się rozstać z tymi maleńkimi, ale je wydzierano im i wyrzucano je po prostu. No i tak jechaliśmy i jechaliśmy coś chyba dwa tygodnie, aż w końcu pociąg się zatrzymał za Pietropawłowskiem. I oni powiedzieli, żeby wysiadać. Stały tam ciężarówki i nas podzielili i wsadzili do tych ciężarówek, w których driverami, że tak powiem, nie byli już Rosjanie autentyczni, ale tacy jacyś skośnoocy, z Uzbekistanu. No i jechaliśmy, jechaliśmy, a oni tak śpiewali w tym swoim języku, a ja dziwiłam się. Po jakichś trzech godzinach się zatrzymali i wysadzili nas w step. Wokół nic. Żywej duszy nie ma. Ani domu ani nic. I my tak staliśmy. Minęła godzina, druga, trzecia, a my nadal nie wiemy co robić. Wcześniej tak nas pilnowano z tymi psami, a tutaj się nami nikt w ogóle nie interesuje. I dopiero po jakimś długim czasie widzimy, że się zbliża jakaś grupa ludzi. Podeszli do nas po jakichś dwóch godzinach, ale bardzo to długo trwało, tak jak gdyby się troszeczkę wahali, i nic nie mówiąc, zaczęli nas skubać. Pończochy jedwabne, bo to było naprawdę jak spodnie… I tak oglądali, oglądali i nic nie mówili. W końcu moja mama się odezwała: „Co wy chcecie od nas?” – To wy jesteście ci burżuje! I w końcu moja mama zaczęła rozmawiać, bo tam nikt więcej po rosyjsku nie mówił. I mówi: to pomóżcie nam coś, bo nie możemy tak stać przecież wy jesteście ostatecznie ludźmi. I taka była Jelizawieta, wiem że ona się w końcu zgodziła nas wziąć do siebie, do kołchozu. No a pozostałych zabrali inni. Jak weszliśmy do jej chaty, to zwróciłam uwagę na takiego chłopaka, który wyglądał na jakieś cztery latka i coś trzymał i chrupał. Przyjrzałam się, a to był surowy kartofel. A w rogu stał cielak i tam był jeszcze jakiś kufer. Pozwolono nam w jednym pokoju się zatrzymać. A później nas zabrano z tego kołchozu do stacji Karaguga. To była stacji przy kolei Transsyberyjskiej. Tam był elewator, gdzie przywożone było zboże z kołchozów. Tam nawet nie było nam tak źle, bo moja mama znała dobrze język niemiecki. A urzędnicy w tym elewatorze mieli wysokie aspiracje jeżeli chodzi o swoje dzieci. Więc moja mama dawała im korepetycje z niemieckiego i za to dostawaliśmy kawałek słoniny czy jakąś cebulę. Ale kiedy nas zabierano na Syberię, ja zabrałam ze sobą słownik francuski, do dziś ja go mam, karty do pasjansa i fotografie. I te karty prawie nas uratowały. To moja mama rozkładała pasjanse, a ja się od niej nauczyłam. Co prawda tzw. Grobów Napoleona nigdy nie ułożyłam, bo był dla mnie zbyt skomplikowany, ale inne owszem. Mój ojciec się nawet denerwował, że ja jestem jak uczennica z nieczystymi kartami. I ja, siedząc w tym kołchozie, gdzie nikt się nami nie interesował, zaczęłam rozkładałać te karty. I zobaczyła to jedna Rosjanka, której się skojarzyło, że to wróżba? No i kiedy ona przyszła, to ja mówię: – To pomyśl coś. Więc ona coś pomyślała, pasjans wyszedł, więc ja mówię jej, że to się spełni. Na drugi dzień ona mi przyniosła jajko mówiąc, że się spełniło. A na trzeci dzień przyprowadziła przyjaciółkę i pasjans też wyszedł. Przyjaciółka mi przyniosła już dwa jajka. To moja mama mi mówi: – Ty nie możesz przecież tak oszukiwać. A ja mówię: – Mamusiu, jak pasjans wychodzi, to mówię prawdę że wyszedł, tak? No i moja mama wtedy już zaczęła się troszeczkę zgadzać, choć była jednocześnie zaniepokojona i zainteresowana. I tam była jeszcze taka starsza pani, Polka, która rzeczywiście kiedyś wróżyła. I moja mama z nią porozmawiała, a ona udzieliła mamie pewnych wskazówek. Później, kiedy one przychodziły, to moja mama mówiła: – A teraz ja wam powróżę. – I zrobiła się sławną wróżką. Do tego stopnia, że jak później uratowała córkę leśniczki, która miała konia, to ona oddała mojej mamie tego konia, żeby jeździła po kołchozach. I moja mama zaczęła jeździć od chaty do chaty, i potem zawsze przywoziła nam jedzenie, właściwie nas utrzymywała z tego. Ale kiedyś wróciła i powiedziała: – To koniec już. Bo w ostatniej chacie była młoda kobieta, której mąż gdzieś zaginął i moja mama jej wywróżyła: „Będziesz bardzo szczęśliwa, bo się wkrótce spotkasz ze swoim mężem”. Wtedy cisza zapadła, a później inne Rosjanki mówią: – No Jadwiga Ignatiewna, ty tak dobrze mówiłaś, ale ona właśnie 3 dni temu dostała powiadomienie, że jej mąż zginął”. Więc ja pytam: – Co mamusia powiedziała? A ona mówi: „Tylko powiedziałam, że Bogu trzeba wierzyć”. I proszę sobie wyobrazić jakieś chyba 10 dni już pod wieczór przed naszą lepianką, słychać raptem jakieś zamieszanie, i wpada ta Rosjanka z mężem. To była omyłka, on faktycznie wrócił.
– Czyli wiara w niesamowitą moc się potwierdziła?
– Opowiem Pani pewną rzecz. To było w majątku mojej ciotki na Wileńszczyźnie. I tam, jak przyjeżdżał tabor cygański, to pod lasem Cyganie zostawiali konie, ostrzyli noże. A Cyganki chodziły i wróżyły. I przyszła taka Cyganka i mówi, żeby dać jej rękę to powróży. To ja mówię: – Ciociu niech ciocia da rękę ostatecznie, nie na karty, tylko tak. I ona wzięła rękę mojej ciotki i mówi: – Oj, pojedzie Paniczka daleko, cudy, morza, nieznane kraje, daleko. I moja ciotka mówi: – O, ja się bardzo cieszę, bo ja zawsze chciałam podróżować. A ta Cyganka mówi: – Ale jak Pani wyjedzie z tego domu, to Pani już nigdy nie wróci, a Pani mąż będzie służył pod królem. – No bzdura. – Ja dałam swoją rękę i ona powiedziała: – Będziesz miała dwóch mężów. – No i o dwóch za dużo de facto. A siostra moja młodsza dała rękę i jej mówi: „Umrzesz młodo”. No i co, przecież jak przyszli bolszewicy, to ona uciekła z majątku. Wywieziona została później. Umarła mając 24 lata.
– To wróćmy teraz do tych pięknych zdjęć, które Pani pokazuje. Tutaj, zdjęcie z majątku z Wileńszczyzny…
– To jest niedaleko od Brasławia. To ja z psem, nazywał się Lord. To jest ten „Hubal” – Dobrzański, np. tutaj – w 1927 r., jak w Anglii zdobył pierwszą nagrodę i później w Nicei. I nazywano go później „najlepszym jeźdźcem Europy”.
– Te przedwojenne fotografie, podobnie jak słownik francuski i karty do pasjansa, towarzyszyły Pani Walerii w Kazachstanie, petersburski akcent jej mamy i wróżenie z kart bardzo się przydały. O ewakuacji do Persji, o maturze w Palestynie i o tym, jak Pani Wala z namiotu na pustyni trafiła na bal angielskiej generalicji, opowiemy w kolejnej części rozmowy.


