„Szczęście komunikacyjne”, czyli weekend z Krzysztofem Zanussim

Home  »  Bez kategorii  »  „Szczęście komunikacyjne”, czyli weekend z Krzysztofem Zanussim
gru 26, 2025 KBB

„Szczęście komunikacyjne”, czyli weekend z Krzysztofem Zanussim

Zaczęło się od maratonu filmowego w Sali Malinowej POSK-u. W ciągu pięciu godzin wielbiciele twórczości Krzysztofa Zanussiego – a może szerzej: polskiego kina – obejrzeli trzy obrazy: zrealizowany w 1971 roku „Za ścianą” oraz dwa nowsze filmy: „Obce ciało” (2014) i „Liczbę doskonałą” (2022). Każdą projekcję poprzedzał krótki wstęp reżysera oraz rozmowa z publicznością, prowadzona przez Michała Dondzika.

Następnego dnia w Ognisku Polskim odbył się Salon Literacki – było to już 36. spotkanie z tego cyklu i drugie z udziałem Krzysztofa Zanussiego. Nie mogło więc zabraknąć nawiązania do poprzedniego Salonu z jego udziałem, przypomnianego zdjęciem wyświetlonym na ekranie.

Salon przebiegał zgodnie z tradycją obowiązującą od 2010 roku. Na ścianach zawisły obrazy malowane przez zapraszanych artystów – tym razem przy sztalugach stanęła Joanna Ciechanowska. Rozmowę z Krzysztofem Zanussim prowadził Michał Dondzik; dotyczyła ona nie tylko twórczości filmowej. Reżyser jest bowiem autorem kilkunastu książek i laureatem tytułu Mistrza Mowy Polskiej. Ta dwoistość jego aktywności znalazła odzwierciedlenie w tytule Salonu: „Kino i słowo”.

Nieprzypadkowo więc wiele miejsca poświęcono polszczyźnie. Jak podkreślał mistrz słowa, od lat prowadzi batalię o czystość języka polskiego, choć czasem ma poczucie, że jest to walka skazana na porażkę. Drażni go nie tylko nadużywanie anglicyzmów tam, gdzie istnieją dobre odpowiedniki polskie, lecz także zachwaszczanie języka rusycyzmami. Jako przykład podał wyrażenie „dedykować dla kogoś”, podczas gdy poprawna forma wymaga użycia celownika: „dedykować komuś”.

Podobnie jak poprzedniego dnia, nie zabrakło znakomitych anegdot zza kulis produkcji filmowej oraz dowcipów, które sala nagradzała zasłużonymi oklaskami. Krzysztof Zanussi okazał się bowiem wybornym gawędziarzem. Wspominał, że w młodości wziął udział w konkursie na spikera telewizyjnego (dziś powiedzielibyśmy: prezentera) i dotarł do finału, przegrywając ostatecznie z Janem Suzinem. Czy byłby lepszy od wieloletniego, uwielbianego przez telewizyjną publiczność spikera? Tego już się nie dowiemy.

Być może jednak dobrze się stało, bo zapewne nie byłoby Krzysztofa Zanussiego reżysera. A droga do tego zawodu nie była prosta. Po maturze rozpoczął studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, które wkrótce porzucił na rzecz filozofii na UJ. Również te studia nie przyniosły mu satysfakcji. Ostatecznie postanowił zdawać do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, gdzie zrealizował szereg etiud. Jak się okazało, nakręcił także trzy krótkie filmy reklamowe, choć, jak sam podkreślał, pozostaje zdecydowanym przeciwnikiem współczesnej reklamy, której celem nie jest informowanie odbiorców, lecz przekonywanie ich do zakupu rzeczy zbędnych.

Reżyser wspominał również o swoim włoskim pochodzeniu. Jego ojciec – jak mówił – świadomie demonstrował doskonałą znajomość języka polskiego, posługując się nieco staroświecką, lecz bezbłędną polszczyzną. Syn przejął po nim nie tylko dbałość o język, ale i przywiązanie do dawnych tradycji. „Kończyłem szkołę, kiedy obowiązywała jeszcze dawna ortografia i zamiast dzisiejszego i używano j – opowiadał- W wielu słowach to j wciąż się słyszy, ale gdy tak zapisuję wyrazy, dawniej poprawiały mnie korektorki, a dziś robi to komputer”.

Oczywiście nie mogło zabraknąć kina. W drugiej części programu, gdy syci już uczestnicy Salonu – po tradycyjnej, jak zawsze znakomitej kaczce z jabłkami i czerwoną kapustą  oraz wyszukanym deserze – zajęli miejsca, zgasły światła. Obejrzeliśmy najnowszą telewizyjną produkcję Krzysztofa Zanussiego „Curriculum vitae”, złożoną z dwóch jednoaktówek autorstwa reżysera. Jak zaznaczył we wstępie, łacińskie pojęcie curriculum vitae, dziś skracane do CV i wymawiane po angielsku, zadomowiło się w Polsce, tracąc pierwotne znaczenie „przebiegu życia” i ograniczając się do życiorysu zawodowego.

Film zaprezentowano z angielskimi napisami, przygotowanymi przez Elżbietę Smolińską, przy współpracy Iana Tidddera, który pomógł w transkrypcji ekranowej. Krzysztof Zanussi przyznał, że tłumaczenie uważa za znakomite. Niestety, tłumaczka przebywa obecnie w Polsce i nie mogła osobiście odebrać podziękowań od mistrza słowa.

Wierność salonowym tradycjom oznaczała także obecność muzyki. Tym razem wystąpił duet Marta Carillon i Marek Tomaszewski, wykonując wariacje oparte na motywach muzycznych z filmów Krzysztofa Zanussiego. Reżyser bez trudu rozpoznał pochodzenie wszystkich zaprezentowanych fragmentów. Jak zwykle odbyła się również loteria, wzbudzająca niemałe emocje, oraz prezentacja kolejnego eksponatu do zbioru „emigracyjnych imponderabiliów” – tym razem był to kapelusz noszony niegdyś przez znanego w Londynie fotografa Krzysztofa Malskiego.

Joanna Ciechanowska, zgodnie z tradycją, w ciągu kilku godzin stworzyła aż trzy portrety Krzysztofa Zanussiego. Jej pastele wręcz wirowały – miałam okazję obserwować tę znakomitą portrecistkę przy pracy, siedząc w jej pobliżu. Całość wydarzenia prowadziła prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie Regina Wasiak-Taylor, odpowiedzialna za dwudniowy program wizyty reżysera w Londynie, wspierana przez Justynę Gorzkowicz i Annę Ryland.

A skąd tytuł tego felietonu? Otóż specjalnie z okazji 36. Salonu Literackiego prof. Jan Miodek, mistrz polszczyzny, przesłał krótką charakterystykę Krzysztofa Zanussiego, odczytaną przez Janusza Guttnera: „Profesor Zanussi pozostaje dla mnie niepodważalnym wzorem komunikacji elitarnej w najlepszym tego słowa znaczeniu. Komunikacji, bo pod ową elitarną wzorcowością kryje się nie tylko idiolekt – podręcznikowa wręcz dykcja, przepiękna barwa głosu, ekspresyjne frazowanie, przebogate słownictwo oraz wykwintna frazeologia i składnia, ale także zawsze pogodna, życzliwa twarz i przemiły uśmiech. A to wszystko są elementy, które – jak mówią teoretycy – pracują na szczęście komunikacyjne”.

Tak, to prawda – uczestnicy 36. Salonu wychodzili uszczęśliwieni. Jedni ściskali w dłoniach wygrane w loterii fanty (tradycyjnie i mnie dopisało szczęście), inni – najnowszą książkę „Zależy, jak się patrzy”, będącą efektem kilkudziesięciu rozmów przeprowadzonych przez Michała Dondzika. Jeszcze inni cieszyli się z bezpośredniej wymiany choćby kilku zdań z reżyserem. Wszyscy – zachwyceni atmosferą salonową.

Na zakończenie kronikarski obowiązek każe odnotować, że gościem specjalnym Salonu był chargé d’affaires Jerzy Boczkowski, a całe przedsięwzięcie nie doszłoby do skutku bez finansowego wsparcia osób prywatnych: Niny Janczewskiej, Martina Taylora, Mańki Dowling i Grażyny Maxwell. Instytucjonalnie Salon otrzymał pomoc Instytutu Rozwoju Języka Polskiego ze środków budżetu państwa, w ramach programu wspierania działań promujących język i kulturę polską „Polska mowa, polska dusza”, zaś nad rozliczeniem finansowym czuwała Ula Lenik.

Katarzyna Bzowska