kwi 26, 2015
KBBAndrzej Krzeczunowicz, ostatni panicz z bołszowieckiego dworu, napisał i ogłosił wreszcie swoje wspomnienia. Tyle wyjaśnień czy przypisów należałoby dodać do tego zdanía. Bo gdzie te Bołszowce? Tam gdzie Gniła Lipa zdąża do Dniestru (vide: Roman Aftanazy, Dzieje rezydencji…, t. VII: Dawne województwo ruskie: Ziemia Halicka i Lwowska„; przed wojną: województwo stanisławowskie, powiat rohatyński). Krzeczunowicze to rodzina ormiańska, od XVII wieku osiadła na Pokuciu, po „nobilitacji galicyjskiej” w 1785 roku mieszkali w Olejowie pod Kołomyją. Bołszowce w ich rękach pozostawały od 1830 roku; znany działacz galicyjski, Walerian Krzeczunowicz, kupił je od spadkobierców po Józefie Małeckim. Syn Waleriana, Kornel (1815-1881) był posłem na Sejm Galicyjski i do Rady Państwa, wnuk – Aleksander (1863-1922), też polityk i poseł. Ostatnim właścicielem Bołszowiec był Kornel Krzeczunowicz (1894-1988), sławny kawalerzysta, społecznik, ziemianin i pisarz historyczny. On to, kiedy szczęśliwie wrócił z wojny, wzniósł w latach 1927-1929 nowy dwór. Z trójosiowym ryzalitem, z portykiem jońskim w wielkim porządku: na trójkątnym frontonie tarcze herbowe Krzeczunowiczów i Lubienieckich. I z łamanym dachem. Taki jak z obrazka z przełomu XVIII i XIX wieku, kiedy powstawały najpiękniejsze polskie dwory. Budowane zgodnie z tradycją na „jedenastą godzinę”. A przedtem była straszna wojna z bolszewikami i bitwa pod Komarowem (31 VIII 1920), największa od czasów napoleońskich bitwa kawaleryjska: stanęło w polu sześć pułków kawalerii po stronie polskiej, dwadzieścia po stronie Siemiona Budionnego. Wspomnienie po latach: „Nie potrzebuję zapewniać czytelnika, że szarża całego pułku w rozwiniętym szyku, wzorowo wyrównanym, była bezwzględnie najpiękniejszą chwilą mojego życia” (Kornel Krzeczunowicz, Ostatnia kampania konna…, Londyn 1972, s. 285). Dowódca szarżującego 8 pułku ułanów im. ks. Józefa Poniatowskiego był rotmistrzem i miał 26 lat.
Jak pisać o przodkach znanych z historii, z literatury, i z obrazów Kossaków – Wojciecha i Jerzego? O rodzinie z trzema hasłami w Polskim Słowniku Biograficznym (Walerian, Kornel, Aleksander Krzeczunowiczowie)? Łatwo o megalomanię, łatwo też o mitologię. Jak sobie z tym poradził późny wnuk, sam publicysta, dyplomata i pisarz polityczny, pracownik Radia Wolna Europa jak i dyrektor Biblioteki Polskiej w Paryżu, pierwszy ambasador Rzeczypospolitej przy NATO i wykładowca tylu uczelni (Akademia Polonijna w Częstochowie, Uniwersytet Opolski, Polski Uniwersytet na Obczyźnie). I prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Autor kilku książek, współpracownik paryskiej „Kultury i „Kontaktu”, londyńskiego „Dziennika Polskiego” i nowojorskiego „Nowego Dziennika”.
Andrzej Krzeczunowicz przyznał, że wspomnienia pisze właściwie na zamówienie; syn Andrzej, bratanica i bratankowie (dzieci braci – Jana i Aleksandra) do tego się przyczynili. Ale najpierw była podróż w czasie i przestrzeni. Autor zawiózł młodszych krewnych do Lwowa, Stanisławowa i Bołszowiec. Wspomina tamtą wyprawę: „Nie muszę mówić, że zainteresowanie młodszego pokolenia było wielkie. Zadawali pytania, oglądali, szperali, robili zdjęcia. Pytania, które często powracały, brzmiały: jak się żyło tutaj przed wojną, jak wyglądała codzienność, jaki był podział pracy między sporym dworem a folwarkiem i kluczem majątków ziemskich kilku tysięcy hektarów. Jakie były stosunku między dworem a miasteczkiem i jego mieszkańcami? Pytania te zapoczątkowały niniejsze wspomnienia […] Krótko mówiąc, namówiony przez młodzież, postanowiłem uzupełnić wrażenia z wycieczki rodzinnej opisem dnia codziennego w dworze w Bołszowcach w ostatnich latach przedwojennych. Przekazanie tych wspomnień młodszym pokoleniom jest o tyle ważne, że czasy te nigdy już nie powrócą zważywszy radykalną zmianę układów politycznych i społecznych, wiedza zaś o życiu i dokonaniach własnych przodków jest podstawą każdej rodziny (s. 6-7).”
Tym, którym się wyda je, że ukazało się ostatnio za dużo wspomnień kresowych, a w szczególności profesorowi z Francji, który pisze, gdzie może o szalejącej rzekomo dziś w Polsce „kresomanii”, do sztambucha: „W naszej najnowszej literaturze jest już sporo wspomnień kresowych. Wyczytałem jednak ostatnio, że w Niemczech jest 1400 placówek wszelkiego rodzaju upamiętniających ziemie na wschodzie. W Polsce mało jest instytucji tego rodzaju, tym ważniejsze jest zatem udokumentowanie historii i osiągnięć tylu naszych wcześniejszych pokoleń. Podkreślam przy tym, że nie może tu być mowy o ja kimś rewizjonizmie czy rewindykacjach. Po prostu historia, nieprzewidywalna Pani zrobiła swoje (s. 10).”
Autor nie ogranicza się do spraw rodzinnych, wyznacza sobie ambitniejsze cele: „Po pierwsze pragnę przekazać obraz 'dawnych dobrych dalszym pokoleniom, nie tylko w naszej rodzinie. […] Po drugie sądzę, że sprawiedliwość wymaga przypomnienia pokrótce losów tych mieszkańców Bołszowiec, których już tam nie ma, to znaczy Polaków i Żydów. […] ‘Last but not leasť chcę uwydatnić fenomenalny wysiłek mego Ojca przy odbudowie Bołszowiec po straszliwych zniszczeniach Wielkiej Wojny, kiedy to dwukrotnie front austriacko-rosyjski przechodził przez dolinę Gnilej Lipy i nie omieszkał zatrzymać się tam przez parę miesięcy za każdym razem siejąc grozę i spustoszenie (s. 9-10). W Bołszowcach-miasteczku przed I wojną światową mieszkało kilka tysięcy różnojęzycznych mieszkańców, w 1917 r. mieszkało ich kilkadziesiąt, tak, kilkadziesiąt osób!
A jak się pilnować przed zbytnim sentymentalizmem czy megalomanią, jak traktować niecodzienne, wczorajsze bytowanie? Autor stara się zachować proporcje: „Zdaję sobie sprawę, że dzieciństwo miałem szczególnie uprzywilejowane, że inni Bołszowieczanie mojego pokolenia nie będą mogli utożsamiać z moimi wspomnieniami synka ziemiańskiego, nazywanego wtedy niekiedy paniczem. Jedna z moich rówieśniczek, z którą rozmawiałem po tylu latach we Wrocławiu, powiedziała mi: ‘Wam to było dobrze, mieliście gdzie uciekać kiedy przyszli bolszewicy. Nam to nie było dane’. Święta prawda, ale też nikt inny w Bołszowcach poza moim Ojcem nie był w tym czasie poszukiwany listem gończym przez NKWD jako ‘pamieszczyk’” (s. 10).
I potoczyła się opowieść o szczęśliwym dzieciństwie na ziemi wielu kultur, o żydowskich sklepikach w miasteczku, o biedocie gnieżdżącej się w osadzie, o ukraińskim życiu kulturalnym, o Cyganach i Karaimach, o postaciach zapamiętanych przez wrażliwego chłopca (Żyd Józef Klein, który odwdzięczy się za Sowietów bańką gorącego mleka, stary stróż nazywany przez dzieci Janem na Bramie), o cerkwi bołszowieckiej (od dzisiejszego księdza unickiego Autor się dowie, że jego Ojciec pomagał odbudować dom Boży po I wojnie), Babcie (Irma w Bołszowcach, Felcia we Lwowie). Opis dworu. Obrazy na ścianach. Postacie. Krewni i guwernantki (o Marie Rose: „po owdowieniu osiadła w domu spokojnej starości w Genewie, gdzie ją co roku odwiedzałem przy okazji wycieczek narciarskich. Po dziś dzień myślę o niej z miłością i wdzięcznością” (s. 36). O życiu codziennym, o nauce domowej , o nauczycielach studentach UJK, o podróży do Truskawca z mamą, o porach roku, o krajobrazie, o kalendarzu robót rolniczych i kalendarzu kościelnym. Dygresja Autora o roli dworu w tamtej przestrzeni: „Na biednej, zacofanej wsi galicyjskiej, dwór był oknem na szerszy świat, pośrednikiem dla idącej do nas z zachodu kultury. […] Ale nawet po utracie majątków znaczna część tradycji przetrwała w świadomości potomków. Pamięć ta jest tym bardziej potrzebna dla utrwalenia własnej tożsamości, że za czasów komunistycznych starano się ją zniszczyć, a przynajmniej oczernić. Tymczasem sami komuniści, zabrawszy ziemianom ich majątki, zręcznie uwłaszczyli się w chwili upadku ich państwa zwanego ludowym. Znam nawet niektórych działaczy stronnictwa ludowego, którzy są dzisiaj prawdziwymi obszarnikami. Można chyba powiedzieć, że w obracającym się wiecznie kole historii, przykład na szczęście idzie z góry. Zresztą ziemianie byli, w swoim czasie, tym, czym dzisiaj przedsiębiorcy” (s. 92). O przodkach pisze bez namaszczenia: o Kornelu z XVII wieku, który otrzymał od Jana II Kazimierza monopol usług pocztowych, o innym, który pędził duże stado wołów za armią Jana III Sobieskiego idącą na Wiedeń, o pierwszej nie-Ormiance w rodzinie; pojawiła się dopiero w połowie XIX wieku (Izabela z Suchodolskich). I podziw dla Ojca, który zrezygnował z kariery wojskowej (został przyjęty po I wojnie do Wyższej Szkoły Wojennej), odbudował majątki, zbudował piękny dwór i wszystko utracił: „Nie mogę pominąć tej okazji, by wyrazić podziw dla postawy Tatusia, który mimo straszliwych strat, do końca długiego życia (1894-1988) zachował tak charakterystyczny dla niego optymizm i odporną na wszelkie próby pogodę ducha” (s. 134).
O spotkaniach z wczorajszymi i dzisiejszymi mieszkańcami Bołszowiec; pani kustosz Kaplicy Boimów pochwaliła się, że ma nad Autorem tę przewagę, że urodziła się w jego domu, a on „tylko” we Lwowie (za sowieckich czasów we dworze był szpital): „Matka tej pani pamiętała z kolei swoje czasy szkolne w Bołszowcach. Mimo że Ukrainka zaśpiewała mi jako dowód jakąś polską piosenkę legionową, stwierdziła też, że nie było przed wojną w Bołszowcach żadnych konfliktów etnicznych. To miało się niestety zmienić” (s. 152). 0 wojnie, o tym, co się działo „za pierwszych Sowietów”, o wywózkach i strachu, o niemieckiej okupacji i „ostatecznym rozwiązaniu”, o pogromach i kokietowaniu Ukraińców przez Niemców, i o „czerwonych nocach” nie tylko w okolicach Bołszowiec. O stosunku do utraconego dziedzictwa autocytat z paryskiej „Kultury” (4/1996): „We Lwowie i Bołszowcach kamienie mówią do mnie po polsku, ale utrzymują je – na ogół nieźle – Ukraińcy. Oni zaś, którym własna państwowość wymykała się przez tyle stuleci, potrzebują jeszcze trochę czasu, by oswoić się ze świadomością, że Kijów zbudował wprawdzie geniusz Rusi, Lwów natomiast geniusz Rzeczypospolitej, tak jak u nas przyznaje się już bez trudu, że zabytki Śląska i Pomorza wybudowali Niemcy, którym dostęp do ich własnej spuścizny kulturowej jest teraz otwarty. Tędy więc droga do przyszłości” (s. 173). Ale przypomni też Autor, że przy odsłanianiu przy Wzgórzach Wuleckich pomnika profesorów lwowskich, zamordowanych przez Niemców w lipcu 1941, nikt się nawet nie zająknął (delegacja z Warszawy też milczała), że to byli polscy profesorowie. I wstrząsający list – utwór w utworze – dawnej mieszkanki Bołszowiec, która odwiedziła je po 30 latach. Minęły znowu lata, było ich też 30, i korekta pióra Autora. Dla równowagi i pełni obrazu. I jeszcze długa lista Ukraińców piszących do Ojca autora wspomnień, z Bołszowiec do dalekiego Londynu (o świadectwa pracy m.in.). Spotkanie z pielęgniarkami i lekarzami w szpitalu przerobionym z dawnego dworu: „Pojawia się ‘hołowny likar’ Stepan Hryhoryszyn. Dziękuje mi, bez cienia ironii, za to, że wybudowaliśmy mu piękny szpital. Prowadzi mnie do tak zwanej Polikliniki. […] Zawiera przychodnie i pomieszczenia administracyjne” (s. 192). A jeszcze streszczone historie dawnych bołszowczan mieszkających dziś na Dolnym Śląsku i Opolskim. Niektóre losy też godne dłuższej opowieści. Ostatnie zdania budujące: o tablicy w Bołszowcach (dawny szpital stał się domem spokojnej starości) informującej o tym, kto i kiedy zbudował dwór. I o napisie w kaplicy grobowej Krzeczunowiczów na Cmentarzu Łyczakowskim. Zakończenie jak z powieści. Na przekór złym losom. „Trudno o bardziej zadowalające pokwitowanie perypetii wygnańczych naszej rodziny” – przyznał Andrzej Krzeczunowicz. Ostatni panicz z dalekich Bołszowiec.
Adam Wierciński, „Tydzień Polski”, 17.04.2015
Andrzej Krzeczunowicz, Bołszowce. Wspomnienie z dzieciństwa na Kresach, Warszawa 2014, Wydawnictwo DiG, il.

